Wielka amerykańska przygoda: podróż życia przez USA

Inspiracje podróżnicze


|

Nasz główny autor opowiada historię epickiej podróży po ośmiu stanach, ośmiu miastach, aż do samego serca USA.

Rozmowa z dziewczyną o imieniu Becca zaczęła się od tego, że upuściła taśmę klejącą. Zastanawiało mnie, dlaczego ktokolwiek miałby nosić ze sobą własną taśmę montażową. Musiałem zapytać. Podobno idealnie nadaje się do ponownego zamykania paczki Skittles. Czy to nie oczywiste? Rozmawialiśmy o tym i owym — wracała do domu w Phoenix z trzymiesięcznego programu studenckiego w Nowym Jorku. Tak staliśmy się krótkimi stacjami w swoich życiowych opowieściach, zanim nasze loty zostały wywołane.

New York, New York

Widok na Most Brookliński i panoramę Manhattanu z parku Brooklin BridgeWidok na Most Brookliński i panoramę Manhattanu z parku Brooklin Bridge— Shutterstock


Mój czterodniowy pobyt w Nowym Jorku poprzedzał podróż, w którą wybierałem się z przyjacielem. To był mój pierwszy raz w tym mieście (i mój pierwszy raz w Stanach). Zwiedzałem więc jak typowy turysta. Odwiedziłem Metropolitan Museum of Art, wpadłem na kilka koncertów, jadłem w różnych miejscach. Ostatniej nocy spotkałem się też z moją przyjaciółką Christiną na „kilka” drinków, które zamieniły się w całonocną imprezę. I oto jestem, w hali odlotów lotniska LaGuardia, czując się zadziwiająco dobrze. Jednak to nie miało szansy trwać zbyt długo.

Zaskakująco radośnie czułem się jeszcze w gorącym, zatłoczonym autobusie na lotnisko, pomimo przesadzonych ilości alkoholu, jakie wypiliśmy z Christiną poprzedniej nocy. Kac uderzył, dopiero gdy wsiadłem do samolotu do Charlotte. Zatroskanemu współpasażerowi sprzedałem to jako strach przed lotem, blednąc i drżąc przez dwie godziny niemal nieustannych turbulencji.

Atlanta, Georgia

Panorama Atlanty widziana z Piedmont ParkPanorama Atlanty widziana z Piedmont Park — Shutterstock


Po szybkim postoju na zmianę samolotów, wypiciu litrów wody i odzyskaniu poczucia równowagi w Charlotte, tylko szybki przeskok do Atlanty dzielił mnie od spotkania z moim przyjacielem Joe. To on był powodem, dla którego wybrałem się do USA. Byliśmy współlokatorami w Czechach przez trzy lata, zanim wyjechał na kilka lat do Chin. Teraz był z powrotem w Atlancie przed przeprowadzką na doktorat do Denver.

Planował przejechać tę trasę samochodem i zapytał, czy chciałbym dołączyć. Oczywiście, że chciałem. Szansa na roadtrip przez mniej znany kawałek Stanów Zjednoczonych? Z przyjemnością.

Tydzień siedzieliśmy w domu mamy Joe, spotykając się z jego przyjaciółmi i rodziną. Spędzaliśmy czas na bardzo amerykańskich (w moim odczuciu) rzeczach: grillowaniu czy na meczu baseballowym Atlanta Braves. Joe uwielbia baseball, podobnie jak jego przyjaciele, a ja świetnie bawiłem się w gronie przyjaznych, kompetentnych fanów sportu, którzy odpowiadali na moje kretyńskie pytania z mieszanką cierpliwości, pobłażania i oszołomienia.

Spędziliśmy jeden dzień, oglądając różne „największe rzeczy na świecie”, co zasługuje na oddzielny artykuł, a wieczorem posłuchaliśmy kapel w maleńkim lokalu zwanym Eddie’s Attic w Decatur. Ostatni dzień w Atlancie został nam na przygotowanie do nadchodzącej podróży.

Nashville, Tennessee

Mężczyzna w kowbojskim kapeluszuMężczyzna w kowbojskim kapeluszu w Nashville, Tennessee — Shutterstock


Wyruszyliśmy wcześnie z zamiarem zatrzymania się na lunch w Chattanooga. Nie miałem z tym miastem żadnych skojarzeń, poza melodią Glena Millera, a ponieważ był to w zasadzie przystanek tylko na jedzenie — nadal nic nie wiem o tej miejscowości. Pamiętam, tylko krętą drogę przez zalesione wzgórza, wznoszącą się na urwisko z widokiem na rozświetlone miasto na leniwym zakolu rzeki. Jestem pewien, że jest urocze.

Naszym właściwym celem było Nashville. Wybraliśmy je na nocleg ze względu na odległość i dlatego, że wydawało nam się, że będzie zabawnie. Jednak nie byłem do końca przekonany. W mojej głowie miałem obraz swojskich gości, gitarowych slide’ów i muzyki zarówno country jak i westernowej.

Okazało się, że to było rewelacyjne doświadczenie. Z chęcią zostałbym tam na pół roku. Muzyka jest wszędzie, nie tylko ckliwe country, którego się obawiałem. Rock n’ roll, blues, bluegrass, folk; wszystko od country rocka z akompaniamentem kowbojskich okrzyków po delikatne akustyczne ballady, a nawet scenę rapowo-hip-hopową. Podobno w każdym barze o każdej porze dnia gra na żywo jakiś zespół, a wieczorami muzyka płynie nawet przez tajemnicze głośniki na ulicach dzielnicy Broadway. Tam znajduje się najwięcej klubów nocnych i atrakcji, a spacerowanie po tej okolicy w ciągu dnia dało mi przekrojowy obraz miasta: bar, sklep z płytami, sklep z płytami, bar, sklep z instrumentami, sklep płytowy, bar, bar, sklep kowbojski, sklep z instrumentami, bar, sklep z płytami. Takie miejsca lubię.

Biała tablica z opisem historycznego miejsca na tle ceglanego budynku w NashvilleNashville to nie tylko country — David Szmidt

Nashville stawia poprzeczkę wysoko pod kątem ilości muzyki na metr kwadratowy. Zuchwale poczułem ochotę na piwo już w porze lunchu (Joe poszedł zwiedzać Galerię Sław Muzyki Country, czym byłem nawet zainteresowany, ale uznałem, że nie jest to warte 25 dolarów). Wylądowałem zatem w barze, gdzie zespół grał rock’n’rollowe klasyki dla jakichś dziesięciu niespecjalnie zainteresowanych słuchaczy. Wszędzie indziej to byłoby zabawne. Gdy piosenka skończyła się, grzecznie klaskałem, zanim zdałem sobie sprawę, że jestem jedynym, który to robi. Publiczność składała się najwyraźniej z członków rodziny i znajomych zespołu. Wszyscy zainteresowali się, gdy wokalista uśmiechnął się do mnie.

„Kto to był? Tak ty! Klakier! Dziękuję Ci! Skąd jesteś?”

„Eee…z Anglii”.

„Anglia? To fantastycznie! Witamy w Nashville!”

Zespół zaczął grać „On the Road Again”, a pod koniec pierwszej połowy ich występu wokalista podszedł i postawił mi piwo. Potem, gdy bar zapełniał się powoli, od czasu do czasu rzucał „to mój angielski kuzyn. Przywitajcie się, jest spoko!”. Dołączył do nas Joe i resztę wieczoru spędziliśmy z rosnącą grupą nowych przyjaciół, których nigdy więcej nie zobaczymy, ale wydawali się naprawdę wspaniali i z każdą kolejką coraz bliżsi naszym sercom. Tak jak wspominałem, to miejsce w moim klimacie.

St. Louis, Missouri

Gateway Arch w St. LouisGateway Arch w St. Louis, Missouri — Shutterstock


Cztery stany w jeden dzień. Całkiem ambitne założenie. No dobrze, więc było już Tennessee, przecięliśmy wąski koniec Kentucky, popędziliśmy przez Illinois, żeby skończyć w Missouri. Mimo tego tempa byłem podekscytowany.

Naszym pierwszym przystankiem w St. Louis był wspaniały pomnik Jefferson National Expansion Memorial, bardziej znany jako Gateway Arch — jeden z lepszych łuków, z tych które miałem jeszcze zobaczyć. Wysoki na 190 metrów jest najwyższym dostępnym budynkiem w mieście i symbolem St. Louis. Można wjechać na górę, co natychmiast zrobiliśmy, w maleńkich, klekoczących, klaustrofobicznych windach. Na górze znaleźliśmy punkt widokowy, z tak niskim stropem, że musieliśmy się schylać, ale widok był świetny. Po jednej stronie zobaczycie miasto: pobliski stadion baseballowy Cardinals, Midtown i uniwersytet, podczas gdy po drugiej rozciąga się Missisipi; płaskie, brązowe, niewzruszone.

Zatrzymaliśmy się u przyjaciółki Joe, Eileen, w klimatycznym domu na obsadzonej drzewami XIX-wiecznej ulicy. Po klasycznym amerykańskim posiłku w barze Royale (potwierdzam z radością, że wciąż istnieją!), szykowaliśmy się na kolejny dzień jazdy.

Abilene, Kansas

wschód słońcaWspaniały wschód słońca w Abilene, Kansas — Shutterstock


Wyruszyliśmy wcześnie, ale po kilku godzinach uznałem, że Joe prowadził wystarczająco długo, więc zgłosiłem się na ochotnika do zmiany za kółkiem. Mimo że nigdy nie jeździłem po Stanach, Joe nie zgłaszał sprzeciwu. Przez chwilę zastanawiałem się, co skłoniło go do zaakceptowania widma swojej śmierci w zamian za dzień lub dwa odpoczynku. Skoncentrowałem się jednak na pokonywaniu skrzyżowań wielkości angielskich wiosek. Wkrótce jednak to pytanie zaczęło znów wisieć w powietrzu. Odpowiedzią było Kansas.

Trudno opisać, jak ciężka, ale jednocześnie jak okropnie nudna jest jazda po Kansas. Słońce odbija się w asfalcie wypalonym prawie do białości przez niekończące się dni pod bezchmurnym niebem. ​​Ciągłe refleksy zaczynają przyprawiać Cię o tępy, uporczywy ból głowy. Innych samochodów jest bardzo mało, więc jedyną rozrywką jest niekończąca się gra polegająca na ciągłym mijaniu z tym samym pojazdem (w naszym przypadku ciemnoczerwone Volvo). Jest jeszcze gapienie się na środek pasa, gdy droga rozmywa się na horyzoncie.

Nocleg wypadł nam w Abilene. Wydawało się miłym miejscem, z jedną główną ulicą, lokalnymi firmami i przesycone atmosferą obywatelskiej dumy. Nawet Joe był zaskoczony, że takie miasta nadal istniały, jakbyśmy przenieśli się w lata pięćdziesiąte. Coś w tym było — najsłynniejszym obywatelem miasta był, pochowany tu, Dwight D. Eisenhower. Znaleźliśmy nocleg i z zachwytem przyjęliśmy informację, że trafiliśmy na lokalne święto. Szykowała się parada, a później największa atrakcja: rodeo!

Nigdy nie byłem na rodeo (są raczej rzadko spotykane w przemysłowym centrum Anglii), ale kochałem je coraz mocniej z każdą mijającą chwilą. Od modlitwy na początku, w której dziękowano zarówno Bogu, jak i sponsorowi („salonowi Dickson’s Ford z głównej ulicy, który podarował tego oszałamiającego pickupa F-150 jako główną nagrodę dzisiejszego wieczoru!”), po uczciwość rywalizacji. Jak ja podziwiałem jazdę konną, jak wiwatowałem, gdy zawody wygrywano „o włos”! Prawie spadłem z siedzenia, zaśmiewając się, gdy w przerwach dzieci ujeżdżały owce i lądowały w błocie. Co za wieczór!

Wilson, Kansas

mężczyzna z tablicą informującą o czeskiej stolicy w WilsonNa Środkowym Zachodzie, Wilson — Czeska stolica Kansas wprawia mnie w lekkie osłupienie. — David Szmidt


Zjedliśmy ogromne śniadanie w miejscu o nazwie Sweet Daddy’s, w którym zarządzały trzy panie, każda na oko w wieku 400 lat. Może i na tyle wyglądały, ale były błyskotliwe i pełne wigoru. Każdy klient witany był recytacją śniadaniowego menu, uśmiechem i zestawem żartów, które musiały być powtarzane od lat. Kiedy przypomnieliśmy, że poprosiliśmy już o rachunek, zaoferowano nam więcej darmowej kawy i śniadanie na koszt firmy, w ramach rekompensaty za tę „niedogodność” oczekiwania. Były w tym tak nieustępliwe, że musieliśmy zostawić pieniądze pod dzbankiem kawy, żeby znalazły je, dopiero kiedy wyjdziemy. Niesamowite.

Mężczyzna idący poboczemJoe próbuje dotrzeć do horyzontu, Kansas — David Szmidt

Mieliśmy nowy cel: Wilson, ogłaszające się jako „Stolica Czech” w Kansas. Byliśmy ciekawi, odkąd znaleźliśmy ulotkę na ten temat w stanowym Centrum Informacji. Obaj jako obecni bądź byli mieszkańcy Czech pomyśleliśmy: „sprawdzam!”. Wilson to małe rolnicze miasteczko, nieróżniące się od dziesiątek innych rozsianych po bezkresnych równinach, z wyjątkiem niesamowitej dumy ze swojego czeskiego dziedzictwa, przejawiającej się równie uroczo co komicznie. Odkryliśmy, że na czeski festiwal spóźniliśmy się tylko kilka dni, co bardzo nas zasmuciło. Zachwyciła nas za to zbiórkę pieniędzy na zbudowanie „największego czeskiego jajka na świecie”. Z tego co później sprawdzałem, chyba im się udało. Brawo!

Boulder, Kolorado

łąki, w tle skały FlatironsIdealny dzień w Kolorado na podziwianie Flatirons  — David Szmidt

The Rockies to dziwne góry, nie wiedziałem, że łańcuch górski może pojawić się tak znienacka. W jednym momencie podróżujesz pod niebem, które nie mogłoby być bardziej niebieskie, wtedy nagle widzisz chmurę. „Normalna rzecz” — myślisz. I jeszcze jedna. I kolejna. Masz niepokojące wrażenie, że przekraczasz granice innego wymiaru. Potem, nawet nie zauważasz kiedy, pojawia się zupełnie inny krajobraz. Nieopisanie rozległa ściana skalna, starożytna, oddychająca, będąca tam, czekająca i wyzywająca cię na pojedynek, jeśli się odważysz. Bóg jeden wie, co pomyśleli o tym pierwsi osadnicy zmierzający na zachód.

Zanocowaliśmy u kuzyna Joe, Chrisa i obudziliśmy się z samego rana. Kolorado powitało nas oszałamiającym słońcem i filmową scenerią. Pojechaliśmy do Open Space & Mountain Parks podziwiać głazy zwane Flatirons. Cały dzień spędziliśmy na wędrówce po górach, które skończyły się lekkim poparzeniem słonecznym.

Samo Boulder jest miastem uniwersyteckim i mam wrażenie, że szczyci się tym, że jest bardzo „europejskie”: w centrum miasta jest dużo przestrzeni dla pieszych, transport publiczny jest przyzwoity, ludzie jeżdżą na rowerach i spacerują, sporo jest też street artu i ulicznych artystów. Czułem, że powinno mi się to podobać, ale coś nie pasowało. Miałem wrażenie, że przebija z tego zbyt dużo… samozadowolenia? Może zadowolenie to niewłaściwe słowo. Defensywność? Jakby wszystko mówiło: „Spójrz, jak się to u nas robi – tak powinno być – a jeśli się nie zgadzasz, to twój problem”. Trudno to wyjaśnić, ale było w tym miasteczku coś niepokojącego. Może ponowna wizyta zatarłaby to wrażenie.

Denver, Colorado

Ulica Larimer w Denver z chorągiewkamiUlica Larimer w Denver, Kolorado — Shutterstock


Denver mi się podobało. Mile High City zapamiętałem jako przyjemny miks cech, które podobały mi się w Stanach Zjednoczonych. Miasto, ma reputację, po której spodziewasz się samych typów pickupach na ulicach, ale tak naprawdę jest artystyczne, otwarte i przyjazne, a jednocześnie ambitne i postępowe. Wyglądało na to, że Boulder już wybrało, jak chce zostać opisane w encyklopediach, a Denver było otwarte na różne pomysły.

Zrobiliśmy to, co wypadało w takim miejscu: pospacerowaliśmy trochę, zagadaliśmy z kilkoma mieszkańcami, odwiedziliśmy kilka intrygująco zapowiadających się atrakcji, a następnie udaliśmy się na piwo. Rutyna w podróży jest ważna, zwłaszcza jeśli możesz codziennie ten sam schemat zwiedzania zastosować w innym mieście. Daje to pewien punkt odniesienia dla Twoich wrażeń z różnych miejsc.

Co ciekawe, odkryliśmy również dużą tablicę z informacjami dla nowo przybyłych do Kolorado, wskazującą czego nie robić w ciągu pierwszych kilku dni pobytu. Ze względu na dużą wysokość nad poziomem morza należało wstrzymać się z pewnymi aktywnościami przez kilka dni, dopóki organizm nie przyzwyczai się do rozrzedzonego powietrza. Na liście była „zwiększona aktywność fizyczna”, „zbyt długie spędzanie czasu na słońcu” i „spożywanie alkoholu”. Z dumą zauważyliśmy, że wszystko to zaliczyliśmy już pierwszego dnia w Kolorado i jakoś przeżyliśmy. Zadowoleni z naszych nowo odkrytych supermocy, na wieczór i zaplanowaliśmy hit.

Tabliczka o siedlisku grzechotników w Red RocksNiestety, siedlisko grzechotników było zamknięte — David Szmidt

Pojechaliśmy do Red Rocks, parku kilkanaście kilometrów na zachód od Denver i przez kilka godzin wędrowaliśmy między skałami (mogę potwierdzić — są zgodnie z nazwą bardzo czerwone), żeby finalnie udać się do amfiteatru. Tak, główną atrakcją Red Rocks jest amfiteatr, wycięty w ścianie ogromnego naturalnego urwiska. Grały tu takie sławy jak R.E.M., Metallica, The Chemical Brothers i Radiohead. Jednak tego wieczoru byliśmy tam, aby obejrzeć film. Park Jurajski. Idealny repertuar na letni wieczór, w otoczeniu krajobrazu, który niewiele się zmienił od czasu, gdy dinozaury chodziły po ziemi. Zgromadzona publiczność znała praktycznie cały scenariusz i wiwatowała za każdym razem, gdy ktoś został przegryziony na pół przez sztucznego dinozaura. Wspaniałe doświadczenie.

Epilog

To by było na tyle. Joe bezpiecznie dotarł do Denver, a mi pozostało tylko wrócić do Nowego Jorku, a stamtąd do Czech i do mojego codziennego życia. Pierwotnie planowałem kontynuować podróż na zachód, kończąc na wybrzeżu Kalifornii, ale mój portfel i mapa USA szybko pokazały mi, że tak się nie wydarzy, przynajmniej nie tym razem.

To było niesamowite przeżycie, zobaczyć Stany od tej mniej turystycznej strony. Poznałem uroczych ludzi, skonfrontowałem z rzeczywistością swoje wyobrażenia, nauczyłem się przynajmniej jednej zasady baseballu i odkryłem, że nie ma nic zabawniejszego, niż dziewięciolatek spadający z owcy. Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę.

Szukasz podróżniczych inspiracji? Odwiedź Kiwi.com Stories.