Jeśli czytaliście część pierwszą tej historii (a jeśli nie, to zróbcie to teraz; ten tekst poczeka), być może pamiętacie, że spędziłem cudowny czas w Portland. Maddy, moja przyjaciółka i przewodniczka, odwaliła do tej pory kawał dobrej roboty, pokazując mi zabytki zarówno lokalne, jak i te położone dalej. Tego konkretnego dnia musiała akurat pracować.
Spotkanie z mieszkańcami
Nie mając w planach nic konkretnego, obudziłem się późno, poczytałem, zjadłem, a następnie zdecydowałem się wyjść na deszcz w poszukiwaniu miejsca z piwem i ludźmi.
Na Hawthorne Boulevard i Belmont Street znajdziesz wszystkie rodzaje pubów, barów i restauracji — David Szmidt
Muszę powiedzieć, że pod tym względem Portland bardzo mi się spodobało. Na wschód od rzeki, od Buckman do Mt. Tabor Park wzdłuż Hawthorne i Belmont, masz mnóstwo takich miejsc jak: Irlandzkie puby, tajskie restauracje, bary, kawiarnie, restauracje curry, puby, miejsca na brunch (w tym cudownie nazwane Fried Egg I’
m in Love) i wiele innych — wszędzie tam łatwo dotrzeć pieszo. Ulice, które oddzielają te dwie arterie, to ciche aleje obrośnięte drzewami z ekscentrycznymi, ładnymi domami (nie obraziłbym się gdybym miał taki).
Typowy dom w sercu miasta — David Szmidt Kilka godzin przesiedziałem w Barley Mill, rozmawiając z miejscowymi, po czym wróciłem do mojego Airbnb i czekałem, aż Maddy skończy pracę. Wieczorem wybieraliśmy się na jam session muzyki irlandzkiej, rodzaj rozrywki, który szczerze mówiąc, napawa mnie lekkim lękiem. Uwielbiam folk, ale raczej tą jego balladową ponurą część opowiadającą o śmierci, zdradzie i cierpieniu. Na myśl o radosnym „oj dana” i „hop sa sa” uciekam z krzykiem. Niepotrzebnie się martwiłem. T.C. O’Leary
’s to bardziej typ garażowej speluny z klimatem niż przymilnie wesołego irish-pubu. Tom, właściciel, to genialnym facetem z dobrą ręką do komponowania zarówno menu jak i wyboru piw. Miejsce było wypełnione po brzegi, a w jednym z rogów stroiły się dziewczyny ze swoimi instrumentami — to był kobiecy wieczór. Około dziesięciu kobiet (w tym siostra Maddy, Glynis, grająca na akordeonie) przez wiele godzin zapewniało ucztę dla uszu, podczas gdy opróżnialiśmy kolejne kufle. Taki craic to rozumiem!
Wybrzeże Pacyfiku
Skała Haystack góruje nad Cannon Beach — David Szmidt Kolejny dzień ponownie spędziliśmy miastem, tym razem ruszyliśmy w kierunku wybrzeża Pacyfiku. Wyjeżdżaliśmy nad morze! Dosłownie — jest to miasteczko o nazwie Seaside (tak jakby po polsku nazwać miejscowość „Nad morzem”). Po około 90 minutach jazdy cudownie malowniczą drogą US-26, dociera się do rozległej, piaszczystej równiny, na której znajdują się niskie wydmy i promenada. Smagani wiatrem zrobiliśmy sobie spacer do oceanu. Zanurzyłem w wodzie rękę z poczuciem, że powinno się wydarzyć coś niesamowitego — pierwszy raz widziałem Pacyfik
. Jedyną niespodzianką było to, że zamoczyłem stopy, nie doceniając fal. Aby to naprawić, zjedliśmy lunch w Mo’s
, najwyraźniej, i nie bez powodu, miejscu o statusie lokalnej instytucji. Świeże owoce morza, przyjazny personel i szeroki przekrój klientów od emerytowanych par, rodzin z dziećmi, a nieopodal grupa ziomków, którzy spędzali niespodziewanie świetny wspólny czas nad morzem. Zjedliśmy, obejrzeliśmy małe lokalne akwarium, w którym figlarne foki ochlapywały zachwycone tym faktem dzieci i udaliśmy się w dalszą drogę. Jakieś dziesięć minut w dół wybrzeża jest Cannon Beach, nasz następnym przystanek. Kolejny przyjemny mały nadmorski kurort, jesienią
bardziej senny, ale wciąż z kilkoma otwartymi (i wypełnionymi ukontentowanymi mieszkańcami) barami i kawiarniami wzdłuż Hemlock Street. Sama plaża to kolejne urocze miejsce, tym razem otoczona ogromnymi domami, wyraźnie letnimi rezydencjami ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na ich utrzymanie, gdy nie są używane i renowacje wymagane po zimowych sztormach. Główną atrakcją plaży jest Haystack Rock, wysunięty garb starożytnego bazaltu, wspaniale prezentujący się w nisko padającym, popołudniowym słońcu. Podobno występuje w kilku filmach, z których żadnego nie widziałem.
(S)portland
Następnego dnia zmusiłem się do wczesnej pobudki, ponieważ chciałem doświadczyć tego osobliwie amerykańskiego fenomenu oglądania Premier League w telewizji, w barze, z browarem, o ósmej rano. Ziewnąwszy i niedowidząc, ruszyłem dwadzieścia minut z górki do miejsca zwanego Toffee Club. Sprawdziłem to miejsce w internecie i wyglądało przyzwoicie. Było więcej niż przyzwoite, było doskonałe.
The Toffee Club (RIP) o 8:40 — David Szmidt
Ładne meble, subtelne, ale interesujące memorabilia z historii piłki nożnej (szczególnie Evertonu) i duże telewizory z dźwiękiem puszczanym z głośników na całym suficie, co oznaczało, że słychać było szczegóły transmisji, ale bez hałasu — równowaga trudna do osiągnięcia. Wybór piwa był świetny a menu śniadaniowe doskonałe (kanapka z bekonem szczodrze podlana brązowym sosem). Szczerze, gdybym mieszkał w okolicy, to niezależnie od piłki nożnej zostałbym regularnym bywalcem. Przynajmniej gdyby nie to, że wkrótce po mojej wizycie miejsce się zamknęło. Prawdziwa szkoda. Tak czy inaczej, Newcastle pokonało Spurs, ale to nie było ważne. Premier League średnio mnie interesuje jako taka. Wiecie, co kocham jeszcze bardziej niż piłkę nożną w telewizji? Piłkę na żywo. Sport na żywo w ogóle, naprawdę. Ostatnim razem, gdy byłem w Stanach zabrali mnie na mecz Atlanta Braves, w ten, jak mu tam (sprawdza rozmazane notatki) Based Ball. Ludzie, z którymi poszedłem, traktowali mnie z całkowitą życzliwością, odpowiadając na moje prawdopodobnie kretyńskie pytania z wdziękiem i cierpliwością, więc naprawdę nie mogłem się doczekać, aby obejrzeć trochę na żywo football. Piłkę nożną. Cokolwiek.
Dawid w koszulce Zbrojovki Brno na meczu Thorns — David Szmidt Portland Timbers już zdmuchnęło swoje szanse na pojawienie się w playoffach, więc pozostało Thorns z National Women’s Soccer League, aby podtrzymać dumę miasta. Grały z San Diego Wave w półfinałach playoffów, więc dostaliśmy bilety i udaliśmy się do Providence Park, ja wyróżniający się nieco w mojej koszulce Zbrojovka Brno. Kolory klubowe w miarę się zgadzały. No dobra. Nie chcę zabrzmieć snobistycznie, wypowiadając się o fandomie piłkarskim w Stanach (choć czuję, że jednak tak zabrzmię), ale jest po prostu inny. Nie wiem, czy to słownictwo, nieco desperacka potrzeba zaznaczenia jakiejś „prawilności” czy jeszcze coś innego, ale czasami trudno mi traktować to poważnie. Przykład: jedna z zawodniczek San Diego została ukarana, a facet za mną uznał, że najlepszą reakcją na to będzie głośny komentarz: “Uh oh! Ktoś tu dostał żółtą kartkę!!”. Ten sam facet, po kilku pięknych podaniach, przełamujących trudną defensywę krzyknął „Oh yeah! To się nazywa gra w piłkę!” Za dużo nut, panie Mozart. Dobrze umiejscowione „Daawaaj!” zazwyczaj załatwia sprawę. Czy uważam, że czerwona twarz, plucie nienawiścią w stronę przeciwników za zdobycie rzutu karnego jest głupie? Tak. Ale czy uważam również, że ta ugrzeczniona, ale jednak z nutą za-bardzo-się-staram wersja kibicowania jest trochę cringowa? Również tak. Nie chcę, żeby futbol był wykluczający, naprawdę nie chcę. Podobały mi się wszystkie oznaki inkluzywności na trybunach: z flagami LGBTQ+, ukraińskimi i tymi z trupimi czachami. Uważam tylko, że to trochę zbyt naiwne. Czy jest miejsce dla świadomych społecznie, serdecznych grup ultrasów, które mają miejsce dla każdego i potrafią stworzyć prawdziwie gorący doping? Jest. Nazywa się Niemcy
.
Pełne trybuny w Providence Park — David Szmidt Zresztą, dość tego. Mecz był niesamowity. Wypełnione trybuny Providence Park (swoją drogą genialny teren, nie wyglądałby nie na miejscu w Bundeslidze, jak się tak zastanowić), a zwycięstwo 2-1 dla Thorns zdobyte w 93’ dzięki rzutowi rożnemu. Crystal Dunn, która wbiła Wave’om strzał w siatkę z 25 jardów, co ruszyło publikę z miejsc. Wspaniałe. Thorns ostatecznie pokonały Kansas City w finale i zostały mistrzyniami NWSL. Zostając pod wpływem ducha rywalizacji, umówiliśmy się wieczorem z grupą przyjaciół Maddy na quiz w pubie. Uwielbiam quizy, nawet te, w których oficjalnie nie biorę udziału (patrz część pierwsza), ale byłem też przygotowany na to, że wiele pytań będzie skoncentrowanych na USA, i tak też było. Nie, żeby było to nie na miejscu. Pomagałem, jak tylko mogłem i szło nam dobrze, ale były momenty, w których czułem się naprawdę bezradny, jeśli chodzi o klasyczne tematy quizów, takie jak telewizja i sport. Myślałem, że Mickey Mantle
to płaszcz dla myszy.
Jeśli zawitasz do Portland, wybierz się do ekscentrycznego pubu Birdie Time Mini-Golf — David Szmidt
W ostatnim dniu pobyty w Portland czekało mnie jeszcze kilka nietypowych atrakcji. Nie mieliśmy żadnych konkretnych planów do czasu wyjazdu na lotnisko, więc potrzebowaliśmy zająć się czymś przez te kilka godzin. A co jest bardziej wciągające niż mini golf? W magazynie? Który jest jednocześnie pubem? Pozwól, że odpowiem: nic. Spędziliśmy w ten nietypowy sposób kilka godzin w miejscu, gdzie fat shot nabiera innego znaczenia. Potem przyszedł czas na pożegnanie z Maddy — która była najwspanialszą przewodniczką w tej spontanicznej przygodzie — i ruszyłem na samolot.
Końcowe przemyślenia
Siedząc w barze na lotnisku, zacząłem rozmawiać z barmanem (pozdro Spencer), który, mimo że obsłużył tysiące ludzi, wydawał się szczerze zainteresowany historią każdego. Po chwili dołączył do mnie inny podróżnik (też David), który wybrał się na weekend do przyjaciół. Był tak zachwycony, że mógł porozmawiać z prawdziwym Anglikiem o angielskim futbolu, że postawił mi kolejkę czy dwie. Myślę, że to podsumowuje moje doświadczenia w Portland
. Podobało mi się. Przyjazne, artystyczne, zabawne, ale nie pretensjonalne; ma jeszcze trochę industrialnej miejskiej tkanki, zwłaszcza wzdłuż torów kolejowych i doków na rzece, ale czuć to też w barach i salach koncertowych. Stereotyp super-hipsterskiej
Portlandii nie jest całkowicie przerysowany, ale miasto uznało tę swoją naturę i samo potrafi się z niej śmiać, bez cienia cynizmu. Wiem, że wrócę.
Ślad Brna w Mieście Róż — David Szmidt Spodobał Ci się ten artykuł? Po więcej inspiracji podróżniczych zapraszamy na Kiwi.com Stories
.










